21 luty 2013 r.

Jest zima na początku 1945 r., zmierzch, śnieg, mróz. Stoję z Rodzicami na otwartym, pustym peronie w Radomsku, blisko Woli Wydrzynej pod Sulmierzycami, gdzie się urodziłam prawie 12 lat wcześniej. Mam na sobie ogromną męską marynarkę, którą ktoś mi ofiarował, bo w letnim płaszczyku, w którym trzynastego dnia Powstania wyszłam z Warszawy do obozu w Pruszkowie (i potem do fabryki amunicji w Vöhrenbech w Schwarzwaldzie) pewnie bym zamarzła. Chcemy wsiąść do byle jakiego pociągu, byle przed północą być poza granicami tego województwa, bo inaczej Rodzicom grozi więzienie. O tym jeszcze kiedyś napiszę, tu ważne jest tylko jedno: nie mamy dokąd pojechać. Nie mamy też jedzenia, pieniędzy, mieszkania, żadnego źródła zarobku, a grozi utrata wolności.

Niespodziewanie ktoś podchodzi - jak się okazuje przedwojenny daleki znajomy Rodziców, adwokat, przejazdem w Radomsku. "Dokąd Państwo jadą?". "Nie wiemy właściwie dokąd, ale stąd musimy natychmiast wyjechać - wyszło rozporządzenie dla BeZetów (byłych ziemian), że do północy muszą opuścić teren swojego województwa...". Patrzę jak Pan Mecenas bez słowa wyciąga notes, chwilę coś zapisuje (pamiętam jak myślę "nic go to nie obchodzi") i wręcza kartkę Ojcu, mówiąc; "To adres mojej żony w Kępnie, piszę jej, żeby Państwa przyjęła... Pociąg do Kępna będzie za godzinę...". "Nie wiemy jak dziękować...".

Pani Zakrzewska przyjęła nas po prostu jak rodzinę, chociaż wcześniej Rodziców nie znała. Ojciec dostał pracę pod Kępnem, a ja z Mamą natomiast dostałyśmy prawie jednocześnie szkarlatyny. W mieszkaniu był trzyletni wnuczek Zakrzewskich, ale nie musiałyśmy iść do szpitala zakaźnego, w którym były straszne warunki, tylko pani Zakrzewska przez drzwi podawała nam coś do picia i jedzenia - lekarstw oczywista oczywistość nie było. Ojciec rzucił pracę i przyjechał nas pielęgnować. Wyzdrowiałyśmy obie, chociaż Mama odtąd chorowała na serce. Potem burmistrz w południe wydawał potrzebującym ZUPĘ na rynku i to było główne nasze jedzenie.

Groźba, ale tylko groźba więzienia dla Ojca wróciła dopiero po kilku latach... A w 1959 zostało cudem uzyskane mieszkanie kwaterunkowe w Warszawie.

W roku 1945 życzliwa pomoc dla drugiego człowieka była NORMĄ. Cudownych Państwa Zakrzewskich wspominam z miłością i wdzięcznością, ale są dla mnie tak jak tylu innych uczestników wielkiej Sztafety ludzkiej dobroci, z którymi los wtedy i później stykał bez ostentacji ofiarowujących "czym chata bogata", czasami półtora kartofla na obiad, albo bon na unrowski ręcznik... Sztafeta „biorę i daję” pod hasłem „umieć dać i umieć przyjąć”. Dwie role przemiennie – równolegle – pełnione w życiu, obie ważne, zwyczajne, ludzkie. To było w powietrzu AD 1945, tego tak potrzeba nam wszystkim AD 2013.