21 sierpnia 2012 r.

NIEZWYKŁA REŻYSERIA LOSU

Witrynę www.eple.info dostałam na imieniny od syna z górą 10 lat temu, ale życie pędziło obok i nigdy nie było czasu, żeby zacząć dodawać wpisy. Teraz, tuż przed 80-ką, właśnie dzisiaj – ostatni moment.

Jest 6.30 rano, siedzę w fotelu obok okna w moim mieszkaniu. Będzie upał, ale w tej chwili moje ulubione 20°. Przez okno widać krzyż księdza Popiełuszki na skwerze jego imienia (mieszkam dwa piętra pod Jego, słynną ongiś kawalerką z czasów stanu wojennego), dużo zieleni, na ulicy niewielki ruch, z mojego 10-go piętra można dojrzeć nawet maleńki skrawek brzegu Wisły. Piję słabą kawę, jem chleb z kiszonym ogórkiem (w tym roku urodzaj !) i ze wzruszeniem zaczynam pisać – nie na komputerze bo to zbyt wolno i zbyt męcząco, to rękopis, który zeskanuję i wyślę mojemu przyjacielowi, Leszkowi Gołaszowi z Chełmży, a On już wprowadzi to na naszą stronę… (O Leszku i naszej przyjaźni będzie później osobny wpis).

Ta strona będzie łączyć moje życie tu i teraz ze wspomnieniami. Z czasów szkolnych zapamiętałam fragment czyjegoś wiersza na temat archeologów:

"... and thoughtful men
contrast these days of NOW and THEN
and dig, and measure, and compare !"

To tak właśnie jak oni chcę to robić, wydobywać z pamięci zacierające się wspomnienia ("data mining"), kodować, ubierać w słowa i porównywać z tym co dzieje się teraz ze mną i dokoła mnie.

Stowarzyszenie Integrał, które wraz z przyjaciółmi założyliśmy w roku 2009, i o którym będę tu nieraz pisała (Leszek Gołasz też do niego należy), poświęca obecnie wiele czasu i wysiłku wspomaganiu starań o mieszkanie komunalne dla naszego członka, młodej matematyczki, doktorantki SGH, poruszającej się na wózku inwalidzkim, od ponad 2 lat bezdomnej. Nasze starania na rzecz Mirki zaczęliśmy właśnie relacjonować na stronie Integrału (www.integral.org.pl) i tam będzie można je śledzić, a i tutaj będę o tym pisała bo jest o czym ! Jestem całym sercem przy Mirce, która styka się czasem z piękną gotowością pomocy, a czasem z krańcową bezdusznością i chęcią upokorzenia jej i poniżenia - i równolegle myślę o analogicznej własnej sytuacji w roku 1959, w której tak wspaniale zadziałała Niezwykła Reżyseria Losu !

Rok 1959 w Warszawie to czasy, w których ludzie gnieździli się po ruinach, a mieszkanie było najwyższym dobrem, zupełnie nieosiągalnym, z wyjątkiem nielicznych szczęśliwców. Warszawę opuściłam z rodzicami trzynastego dnia Powstania Warszawskiego i wróciłam w 1948 r. jako 15-latka na zaproszenie koleżanki, której ojciec jako cenny fachowiec, dobrze widziany przez władzę, otrzymał mieszkanie w centrum Warszawy. Tak mieszkałam przez rok, potem pomieszkiwałam gdzie się dało. Do Akademika mnie nie przyjęto bo, cytuję, miałam „całą najbliższą rodzinę” w Warszawie. No cóż, istotnie wszyscy moi bliscy w całkowitej rozsypce mieszkali w Warszawie, każdy w inny sposób znajdując gdzieś tymczasowy kąt (brat na Bielanach w studenckim półsanatorium gruźliczym, Ojciec dzielił pokój z dawnym sąsiadem z mojej rodzinnej Woli, Tadeuszem Beliną, Matka po rozwodzie i ponownym wyjściu za mąż zamieszkała ze swoim drugim mężem w mieszkaniu, które wspólnie zajmowały trzy rodziny). Dla mnie nigdzie nie było miejsca. Ale studencka komisja przydzielająca miejsca w Akademiku takiej sytuacji nie uwzględniała; "Rodziną ma?", "Ma", "W Warszawie?", "Tak", "To Akademik nie przysługuje...". Radziłam sobie różnie. Dwa lata u Sióstr Felicjanek na 20-osobowej sali, ale tam brakło mi poparcia proboszcza ze swojego "stałego miejsca zamieszkania", bo skoro moje "stałe miejsce" nie istniało, to nie było i proboszcza takowego - może też byłam zbyt mało religijna...

Około roku mieszkałam z 6-letnią Basią, którą należało "tylko" zaprowadzić rano do przedszkola bo rodzice pracowali od szóstej rano, ale Basia nie chciała chodzić do przedszkola… I tak dalej i dalej, aż w wielorodzinnym mieszkaniu mojej Matki zwolniła się była "służbówka" za kuchnią, z oknem do łazienki, o wymiarach 2.40 x 1.80, drzwi na szczęście otwierane do kuchni... Na "parapetówce" zmieściło się jednak kilkanaście osób ! A Krzyś Moszyński zmontował mi wtedy słynne radyjko z napisem "Nie ciskać o ziem!". Było cudownie, zapraszałam znajomych na brydża i na placki kartoflane tarte i smażone w kuchni, najtańsze jedzenie świata dla zgłodniałych studentów.

Cóż kiedy latem 1958 roku rozpętała się burza: komunistyczna władza przyznała właścicielom mieszkań spółdzielczych prawo wysiedlania obcych lokatorów ze swoich mieszkań do znalezionych dla nich kwaterunkowych mieszkań, przyznając metraż 9 m2 na osobę ! A wtedy okazało się, że owo wielorodzinne mieszkanie miało właściciela spółdzielczego, który wynajął najlepszą adwokatkę Warszawy od spraw mieszkaniowych i nagle, pewnego spokojnego dnia we wrześniu, dokonał wkroczenia siebie z rodziną, razem ze ślusarzem, który od razu założył zamek na jedynej w mieszkaniu ubikacji...

Króciutko przedtem zmarł mąż mojej Mamy, byłyśmy obie prawie bez środków do życia. Mama próbowała coś zarobić pisząc na maszynie, ale to były grosze, miała też groszową rentę za zagarniętą przez władze i zamienioną na dwa PGRy, rolniczy i rybacki, moją rodzinną Wolę. Ja byłam asystentką z maleńką pensją w Instytucie Matematycznym PAN. Na adwokatów nie było nas stać...

Adwokatka właścicieli mieszkania przygotowała wszystko precyzyjnie. Studenckie rodzeństwo zamieszkujące jeden pokój zamieniło się w wielkiej tajemnicy z właścicielami na swoje miejsca zamieszkania i ich pokój zajęła kilkuosobowa rodzina właścicieli, wyrzucając przy tym mnie z dziupli za kuchnią. Dla Matki i mnie łącznie był przygotowany pokój 18m2 w niskostandardowym mieszkaniu na obrzeżu Warszawy. Zamek z ubikacji wprawdzie zdjęto po interwencji komitetu blokowego, ale życie stało się nieznośne ponad wyobrażenie. Triumfujące chamstwo rodziny właścicieli było nie do zniesienia.

I wtedy, nie pierwszy i nie ostatni raz w moim życiu, zaczęła działać Niezwykła Reżyseria Losu. Genialny plan najlepszej adwokatki Warszawy potknął się na dodatkowych 9m², które przysługiwały szykującemu się właśnie na ten świat mojemu synowi, bo tak stanowiła nowa ustawa: poczynając od szóstego miesiąca ciąży... A o ciąży nikt dotąd nie wiedział.

Triumf właścicieli zamienił się w burzę. Doszli jednak do wniosku, że da się jeszcze zaradzić złu. Na przykład potężnej postury właściciel dopadł mnie raz krótko przed porodem, gdy byłam sama w domu, i zmusił do opróżnienia pawlacza na korytarzu z kilku starych, ciężkich krzeseł, a następnie zniesienia kolejno każdego z nich do piwnicy. Na drabinie i schodach myślałam cały czas o jednym: że nie wolno mi się zdenerwować !

Do tego wielorodzinnego mieszkania przywiozłyśmy z Mamą synka w styczniu 1959 r. po czym prawie zaraz przyszło też wezwanie do Komisji Lokalowej na rozprawę sądową dotyczącą naszego wysiedlenia. Żyłam jak w malignie, synek dużo płakał, od początku dawałam korepetycje żeby było z czego żyć, administratorka domu wbrew prawu odmówiła mi zameldowania dziecka... znajomy adwokat ucieszył się, że to zilustruje złą wolę sprzymierzonych z właścicielem oficjeli. Powiedział też, żebym nie przychodziła na posiedzenie Komisji, lecz została z dzieckiem, bo mogłabym dać się czymś sprowokować - i że on będzie mnie reprezentował. Obecna byłą oczywiście moja Mama.

Wtedy nastąpił pierwszy akt reżyserii tego spektaklu: adwokatka właścicieli wyjechała na narty i na rozprawie zastąpił ją młody praktykant, który prawie nie zabierał głosu. Komisja uznała prawa niezameldowanego przecież dziecka, co było swoistym ewenementem, i zezwoliła nam póki co dalej mieszkać w trójkę (Matce, mnie i synkowi) na powierzchni mieszkaniowej zajmowanej przedtem przez Mamę i zmarłego nagle drugiego męża. Po rozprawie jej uczestnicy, Mama i właściciele, wrócili do wspólnego mieszkania !

Tego co przeżyłam przez kilka następnych tygodni - pierwszych w życiu synka - nie da się opisać. To było regularne prześladowanie - bo ciągle była we właścicielach ta nadzieja, że dziecko nie przeżyje. Gdy gotowałam coś dla niego na maszynce elektrycznej obok kuchennego zlewu, ktoś z rodziny właścicieli chwytał przygotowane wiadro z pomyjami i z rozmachem opróżniał do zlewu tak żeby coś z tych pomyj trafiło do mojego garnka. Gdy przez korytarz wracałam z ubikacji, łazienki lub kuchni do siebie wysyłano małą wnuczkę właściciela żeby przewracała się pod moimi nogami.

Mam jeszcze zdjęcie synka w koszu od bielizny, w którym wystawiałam go na balkon zamiast wziąć na spacer. Brakowało wszystkiego, w tym wózka, pieluszek, oczywiście pralki; wagę dziecinną przyniosła mi Joanna...

Mama zachowywała równowagę ducha i pomagała jak mogła. Gdy wychodziła do znajomych przychodził ktoś z kolegów żebym nie była sama na łasce właścicieli. Każdy akt agresji właścicieli był opisywany przez Matkę i przekazywany do wiadomości administracji i adwokatki właścicieli. A Niezwykła Reżyseria Losu szykowała tymczasem dla nas coś nieprawdopodobnego, nie do wyobrażenia, lepszego nic cokolwiek co można było samemu wymyślić !

Bo oto wśród licznych klientów adwokatki właścicieli znaleźli się tacy, którzy budowali sobie dom pod Warszawą i szukali sposobu, żeby skądś dostać kasę za mieszkanie kwaterunkowe, z którego mieli się wymeldować przy wyprowadzce. Pani adwokat wymyśliła więc jak połączyć ich potrzeby z potrzebami „moich” właścicieli: oto właściciele mieli w swoim mieszkaniu dokonać wymiany naszej trójki na rodzinę tych budujących sobie dom, a budujący dom po odbyciu kwarantanny pomieszkania u właścicieli mieli się przenieść do swojego nowego domu. I dzięki potężnym możliwościom pani adwokat doszło to wszystko do skutku, a na dodatek pierwszy akt nastąpił bardzo szybko: my dostaliśmy przydział kwaterunkowy na mieszkanie budujących dom, a ci zameldowali się u właścicieli. Kto co płacił komu pod stołem, nie wiedzieliśmy – nam (Matce i mnie) pani adwokat dała cicho znać ile jej należy się od nas i na to trzeba było zaciągnąć dług ! Ale to była mała suma, zaś naszą wdzięczność pani zdobyła tym, że do naszego nowego lokum udało się dokwaterować mojego Ojca, dotąd pomieszkującego z panem Beliną. To mieszkanie było więc wianem jakie syn swoim narodzeniem wniósł w życie całej naszej rodziny. A właściciele ? Budowa domu ich nowych lokatorów bardzo się opóźniła i obie strony zdążyły się strasznie ze sobą skłócić.

Mirko, spokojnie czekaj na interwencję Niezwykłej Reżyserii Losu ! Wokół Ciebie tylu przyjaciół i osób obcych chcących Ci pomagać... Bywa zresztą, że Niezwykły Reżyser kieruje krokami takich osób jak pani adwokat w mojej historii. I gdy teraz słyszę dokoła, że czekają nas same straszne wydarzenia, a i ja niestety nie umiem wymyślić co dobrego mogłoby jednak nastąpić, czekam na rozwój wypadków ze sporą dozą ufności nie opartej na niczym poza wspomnieniami jakże krętych i niespodziewanych zwrotów losu według nieodgadnionych scenariuszy. Życie nauczyło mnie jednego: bać się na zapas nie ma sensu, bo i tak wszystko będzie inaczej niż myślimy. Na tej zasadzie działa też nasz Integrał… To jest moje przesłanie dla nastoletnich wnuków !

Wszystkich jednak, a wnuków szczególnie, namawiam do przeczytania opowiadań kołymskich Szałamowa z ich niezwykłym klimatem prawdy o dobru i o złu, które obcowały obok siebie w strasznej rzeczywistości obozów na dalekiej północy. O udziale w kursie dla felczerów, kwalifikacjach wykładowców oraz radościach zdobywania okruchów wiedzy i odzyskiwania godności przez kursantów. O poniżeniach, znieczulicy, obojętności i o zwyciężaniu zła dobrocią i empatią.

To o czym pisze Szałamow w tak prostych słowach działo się naprawdę i dzieje wszędzie nadal, zmieniając tylko okoliczności i skalę. Cierpienie i uzdrawianie jest ponadczasowe. Twórczość Warłama Szałamowa pomaga żyć zwłaszcza wtedy, gdy obawy co do przyszłości wzrastają. Opowiadania te mogłyby nosić tytuł "Nie lękajcie się !".